Żadne pieniądze nie spowodują odczuwalnej przez pacjentów poprawy w systemie ochrony zdrowia, który jest dziurawy jak sito lub też, jak kto woli, jest studnią bez dna.Czy pacjenci odczuli, że w okresie ostatnich kilku lat środki na finansowanie służby zdrowia rosły w tempie 7-16 % rocznie?
Mimo kryzysu, w roku 2009 w polskim systemie ochrony zdrowia pieniędzy będzie aż o 58 % więcej aniżeli w roku 2005. Nawet uwzględniając inflację był to wzrost ogromny. Czy skróciło to kolejki do lekarzy specjalistów?
Á propos: wynagrodzenia lekarzy z II stopniem specjalizacji wzrosły w ciągu ostatnich trzech lat o 100%, a lekarzy z I stopniem o 120%. Czy przełożyło się to na jakość leczenia?
Podwyżki płac lekarzy w takiej skali zachwiały finansami niejednego szpitala i – paradoksalnie - trafiły rykoszetem w samych pacjentów. Dlaczego szpitalom brakuje pieniędzy na leczenie, dlaczego zamykają oddziały i wydłużają listy kolejkowe? Między innymi dlatego, że pieniądze na leczenie zostały już przejedzone przez personel, wydane na rosnące wynagrodzenia, wyssa
ne przez nieposkromiony kryzysem apetyt na podwyżki. Mam prawo używać tak ostrych słów wiedząc, że obecnie koszty leczenia w wielu szpitalach w 80 a nawet 90 procentach składają się z wynagrodzeń personelu. Bywają sytuacje, że jednostki służby zdrowia wydają więcej na płace aniżeli wynika to z sumy kontraktów podpisanych z NFZ!
Czy pacjenci w swojej masie odczuli poprawę samopoczucia lepiej uposażonych lekarzy lub pielęgniarek? Czy częściej usłyszeli od nich dobre słowo lub zobaczyli uśmiech na twarzy (a przecież uśmiech nic nie kosztuje!)? Wiem dobrze, że tak się nie stało! Co zatem musiałoby się stać, aby ja
kość pracy polskiej służby zdrowia poprawiła się w sposób widoczny? Uważam, że dla osiągnięcia tego celu nie tyle ważne są pieniądze, ile mądra reforma. A w zasadzie prawdziwa rewolucja w organizacji i finansowaniu służby zdrowia. Rewolucja, polegająca na radykalnym rozgraniczeniu publicznej i prywatnej służby zdrowia, przy równie radykalnym ograniczeniu tej pierwszej. Źródłem największego zła, największych pokus i korupcjogennych napięć jest zawsze styk gospodarki prywatnej i publicznej, a zwłaszcza zazębianie się obydwu sfer. Z taką patologiczną sytuacją od lat mamy do czynienia w Polsce.
Wyobraźmy sobie co by się działo, gdybyśmy dopuścili do sytuacji, w której mechanik samochodowy pracowałby w państwowej firmie a jednocześnie, po godzinach (a często w godzinach pracy!), prowadził własną firmę. Jak często mechanik przychodziłby „na państwowe” przemęczony, jak często traktowałby klientów „per noga” i jakże chętnie nadstawiał kieszenie niebieskiego kitelka? Gdzie wtedy podziewałyby się najlepsze narzędzia, wyciekały oleje i wędrowały akumulatory? Niczego zresztą nie musimy sobie wyobrażać – już to kiedyś przerabialiśmy! Dlaczego zatem standardy, które używając słów naszego kl
asyka nowomowy - są „oczywistą oczywistością” dla warsztatu samochodowego, nie obowiązują w sferze znacznie ważniejszej - w ochronie zdrowia i życia ludzi? Dlaczego przyzwalamy na to, że chirurg diagnozę stawia w prywatnym gabinecie a zabieg wykonuje na państwowym stole operacyjnym? Czyż nie jest tajemnicą poliszynela, że w szpitalach funkcjonują tzw. łóżka ordynatorskie? A czy buntujemy się, jeśli po hospitalizacji w publicznej lecznicy lekarz zaprasza nas na dalsze leczenie „do siebie”?
Bez ścisłego rozgraniczenia publicznej i niepublicznej służby zdrowia pompowane w system środki finansowe nie poprawią standardu świadczonych usług, lecz wzbogacą szarą lub białą, ale zawsze prywatną strefę. Ponadto każda podwyżka płac w sektorze publicznym będzie generować wzrost stawek żądanych za leczenie w prywatnych gabinetach. Czyż nie jest tak, że jeśli praca na państwowym się opłaca, to na prywatnym musi opłacać się bardziej? Stawiam żółte drażetki przeciwko niebieskim, że w krótkim czasie wszyscy to odczujemy w naszych portfelach.
W warunkach zmniejszania się dopływu środków do służby zdrowia, sytuacja klientów tak marnotrawnego systemu, jak również samego systemu, gwałtownie się pogorszy. I to nie tylko w wymiarze subiektywnym (bo ten pogorszy się niewspółmie
rnie, uwiarygodniany przez dziennikarskie czarnowidztwo) lecz jak najbardziej wymiernym. Szpitale nie zareagują przecież elastycznie na zmniejszający się dopływ środków. Ściślej biorąc - zareagują tylko w części elastycznie, zmniejszając liczbę zabiegów, zwłaszcza tych najkosztowniejszych, ograniczając przyjęcia planowe, wydłużając kolejki, etc. Jednakże zawężenie wolumenu świadczonych usług nie wpłynie w sposób istotny na poziom kosztów, ponieważ w placówkach publicznej służby zdrowia mają one charakter
sztywny, warunkowany udziałem kosztów wynagrodzeń w ogólnych kosztach funkcjonowania. Wyposażone w silne związki zawodowe szpitale i inne jednostki służby zdrowia nie zredukują personelu pomocniczego, nie wyślą części pielęgniarek na przymusowe urlopy bezpłatne, nie zmniejszą z takim trudem wyszarpanych podwyżek wynagrodzeń lekarzy. Czy poprawi się zatem wydajność i dyscyplina pracy pracowników, stanowiąca niewykorzystaną rezerwę publicznej służby zdrowia? Wątpię! W tym stanie rzeczy prosty rachunek wskazuje, że wkrótce staniemy ponownie przed problemem zadłużania się publicznej służby zdrowia.
I oto w naszych realiach, kiedy marnotrawne państwowe warsztaty samochodowe dawno poupadały - o przeżycie równie marnotrawnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej walczy, ramię w ramię, armia, lekarzy, pielęgniarek, urzędników i polityków. Dlatego publiczna służba zdrowia nie zbankrutuje, a my wszyscy podpiszemy się pod kolejnym oddłużeniowym czekiem in blanco.
źródło zdjęć: "www.sxc.hu"

