Kobietę ze złamanym kręgosłupem pogotowie zawiozło do szpitala bez neurochirurgii, ale z ortopedią - bo miała również złamany... kciuk. Wszystko przez bałagan, jakiego w łódzkiej służbie zdrowia nie było od dawna - czytamy w Gazecie Wyborczej Łódź.
1 stycznia, z dnia na dzień zlikwidowano tzw. ostre dyżury. To system, który sprawdzał się od lat. Szpitale mogły umawiać się, że danego dnia pacjentów z zawałem przyjmuje np. kardiologia w "Biegańskim", z połamanymi nogami ortopedia na WAM-ie, a człowiek z urazem głowy będzie przyjęty na neurochirurgię w "Koperniku". Następnego dnia to samo robiły: "Sterling", "Radliński" i "Barlicki".
Może trochę to skomplikowane, ale skuteczne. Bo kiedy szpitale już się umówiły, przestrzegały uzgodnień. Dzięki temu pogotowie wiedziało, że jeśli zawiezie pacjenta do szpitala, który akurat dyżuruje, nikt go nie odeśle.
Szpitale też chwaliły sobie system. Dzięki niemu mogły spokojnie planować pracę: wiadomo, że jak był dyżur, to nie przeprowadzano innych zabiegów. Pacjentów na zabiegi planowe umawiano na dni bez dyżurów. Nikt nie wymagał, żeby szpital utrzymywał w nieustannej gotowości bloki operacyjnych i dodatkowych lekarzy na dyżurze. A więc dzień bez dyżuru oznaczał mniejsze wydatki.
Dyrektorzy nie mają wątpliwości: zamieszanie spowodowała wojewoda. To ona 31 grudnia poinformowała szpitale, że dyżury są niezgodne z prawem i cały rok trzeba pracować jak na ostrym dyżurze. I jeszcze, że szpitale nie mogą odsyłać pacjentów przywożonych przez pogotowie.

